Warning: array_merge() [function.array-merge]: Argument #2 is not an array in /home/users/kraszew/public_html/karinaimarcin.pl/wp-content/plugins/wp-pagenavi/scb/Options.php on line 62
Karina i Marcin Stencel Karina Stencel Karina i Marcin Stencel Karina Stencel Marcin Stencel Marcin Stencel

Test kurtki Regatta Andreson II Hybrid.

data23 lutego 2017komentarzBrak komentarzy

Przed ostatnim wyjazdem do Iranu stanęliśmy przede nie lada wyzwaniem – mieliśmy spakować się na trzy tygodnie z dwójka dzieci w bagaż podręczny! Oznaczało to, że nad każdą rzeczą musieliśmy się zastanowić 10 razy, czy na pewno będzie nam ona potrzebna (spróbujcie wytłumaczyć 4-latkowi, że naprawdę nie potrzebuje na wyjeździe torby pluszaków i kilograma samochodzików). Każdy gram miał znaczenie i śmialiśmy się, że być może stajemy się prekursorami nowego stylu „child&light”. Niewątpliwym zbawieniem okazały się kurtki Regatta Andreson II Hybrid, które dostaliśmy do przetestowania – Karina, ja oraz Antoś (model dziecięcy kurtki – Kielder).

 
Kurtka Andreson II to połączenie kamizelki wypełnionej syntetycznym puchem (Warmloft) i rękawów z elastycznego materiału EXTOL. Jest to produkt skierowany przede wszystkim do osób aktywnych, używających często rąk przy wysiłku fizycznym np. wspinaczy czy osób chodzących po górach z kijkami trekkingowymi. Docenią oni zwłaszcza zintegrowane otwory na kciuki, dzięki którym rękawy nie zsuwają się oraz elastyczny kaptur, który szczelnie przylega do głowy i może zastąpić czapkę, natomiast nie naciągniemy go na kask.

 
Zastosowana technologia pozwala na skuteczne odprowadzanie pary wodnej przy jednoczesnym zachowaniu komfortu cieplnego. Materiał zewnętrzny ponadto do pewnego stopnia nie przepuszcza wiatru, z kolei wykorzystanie syntetycznego puchu powoduje, że mokra kurtka schnie dużo szybciej niż w przypadku puchu naturalnego.

 

Kurtek używaliśmy na wyjeździe prawie codziennie i w moim wypadku często stanowiła jedyne okrycie (oprócz koszulki) mniej więcej do temperatury +10 stopni. Dopiero przez ostanie kilka dni na północy Iranu, gdy temperatura oscylowała w okolicach zera, zakładałem dodatkową bluzę i było ok.
Ogromnym atutem produktu jest jego waga (ok 400 g w wersji męskiej w rozmiarze M), pakowność i solidne wykonanie. Poza tym dobrze przylega do ciała i jest po prostu ładna – jeżeli ktoś lubi outdoorowy styl na co dzień, nie będzie zawiedziony.

IMG_5552_małe

 

IMG_6569_mał

 

IMG_6571_małe

 

IMG_6593_małe

Recenzja GSI Glacier Stainless Dualist.

data20 października 2015komentarzBrak komentarzy

Zawsze chciałem mieć menażkę ze stali nierdzewnej. Jednak na liście zakupowych priorytetów wyżej stały zawsze czołówka, kije trekkingowe, kuchenka paliwowa… w ten sposób od wielu lat nieodłącznym partnerem w naszych podróżach była wysłużona, aluminiowa menażka harcerska pamiętająca jeszcze czasy… no właśnie, harcerskie :)

Menażkę ze stali nierdzewnej chciałem mieć głównie ze względów zdrowotnych, ponieważ w wyniku gotowania (przede wszystkim kwaśnych potraw) i częstego szorowania menażki do jedzenia przedostaje się szkodliwy glin, który następnie odkłada się w organizmie i może prowadzić do różnych chorób ? niektórzy naukowcy uważają nawet, że może przyczyniać się do powstania choroby Alzheimera. Dlatego bardzo ucieszyłem się, gdy otrzymaliśmy do przetestowania komplet garnków Glacier Stainless Dualist firmy GSI.

Przez komplet garnków należy rozumieć jedno naczynie ze stali nierdzewnej o pojemności 1.8 litra oraz cztery plastikowe miseczki chowane wewnątrz naczynia stalowego. Początkowo podszedłem do tej konfiguracji dość sceptycznie, przyzwyczajony do dwóch garnków w menażce harcerskiej, ale ostatecznie uznałem, że to rozwiązanie nie jest jednak głupie. W zestawie GSI zyskujemy bowiem dużo większą objętość niż chociażby w przypadku wspomnianej menażki harcerskiej, chociaż przy gotowaniu trzeba bardziej pożonglować. Warto również dodać, że do garnka spokojnie wchodzi mały kartusz gazowy wraz z niedużym palnikiem gazowym i dołączonymi do zestawu dwoma składanymi sporkami (połączenie widelca i łyżki).

Glacier Stainless Dualist ma wiele bardzo fajnych rozwiązań takich jak wodoszczelny pokrowiec, w którym możemy umyć elementy zestawu, czy dziurki w pokrywie, dzięki którym możemy odcedzić potrawę. Do dwóch miseczek zostały dołączone neoprenowe opaski izolujące, dzięki którym nie poparzymy sobie rąk podczas jedzenia czy picia gorących potraw i napojów. Dużym plusem jest też składana rączka, która trzyma garnek bardzo stabilnie ? coś, do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni po dotychczasowych doświadczeniach z menażką harcerską, gdy zdarzało się, że dopiero co zagotowany obiad lądował na spodniach…

Jeśli chodzi o wagę, to w porównaniu z menażką harcerską Dualist wypada mniej korzystnie ? waży 200 g więcej (w sumie 660 g), ale coś za coś ? stal nierdzewna jest bardziej odporna na wgniecenia. Pamiętajmy również, że stal przewodzi ciepło słabiej niż aluminium, dlatego łatwiej o przypalenie potraw.

Na koniec dodajmy jeszcze, że cały zestaw prezentuje się bardzo atrakcyjnie ? bardzo spodobał się Antkowi, który w pewnym momencie przysposobił menażkę wraz z miskami jako swoją zabawkę.

Zestaw Dualist mieliśmy okazję przetestować rodzinnie w ostatnie wakacje na obozie harcerskim mojej dawnej drużyny i jesteśmy z niego bardzo zadowoleni. Stara menażka trafia od tej pory do kąta, a na kolejne wyjazdy zabierać będziemy ze sobą garnki GSI :)

IMG_2135

IMG_2136

IMG_2139

IMG_2141

Pierwsze dni w Kazachstanie.

data20 października 2014komentarzBrak komentarzy

Po tygodniu czekania, który wykorzystaliśmy na dwa trzydniowe wypady w okoliczne góry, w końcu odebraliśmy upragnione wizy do Kazachstanu, które uprawniały nas do trzydziestodniowego pobytu w tym kraju. Jeszcze tego samego dnia na dworcu zachodnim kupiliśmy bilety na nocny autobus do Szymkientu.

Granicę przekroczyliśmy w środku nocy. Trzeba było wyciągnąć wszystkie graty i przejść przez kontrolę pieszo. Wyrwani z półsnu, zdezorientowani, Antek płacze, ludzie kręcą głowami, kto to widział, żeby takiego rebionka ciągać po świecie… W okienku oprócz pieczątek w paszportach dostaliśmy białe karty imigracyjne, podobne do tych, które kiedyś dawali przy wjeździe na Ukrainę. Pomyślałem sobie, że to pewnie kolejny bezużyteczny świstek, trzeba pewnie tylko pilnować, żeby go nie zgubić i oddać przy wyjeździe, i od razu schowałem go do paszportu… błąd, który już niedługo miał nas kosztować dużo stresu.

W Szymkiencie czekała na nas już Maral, Kazaszka z couchsrufingu, która przez 10 lat mieszkała w Polsce i świetnie mówiła w naszym ojczystym języku. Ugościła nas na dwa dni w swoim przytulnym mieszkanku, pilnując, aby niczego nam nie zabrakło i pomagając oswoić się w nowej, kazachskiej rzeczywistości.

Spotkanie z Maral było okazją dla niej do wspomnień z pobytu w Polsce. Niestety, obraz Polaków jaki się rysuje z jej opowieści nie jest zbyt różowy. W skrócie, jesteśmy w dużej mierze narodem ksenofobów. Posiadająca typową kazachską urodę, Maral często padała ofiarą agresji słownej ze strony Polaków. Smutno nam się zrobiło słuchając tej opowieści i wstydziliśmy się za rodaków.

Szymkient liczy ponad pół miliona mieszkańców, chociaż będąc tam odnosi się wrażenie, że miasto jest dużo mniejsze. Nie ma szczególnie imponujących zabytków, ale jest dobrą bazą wypadową do Turkiestanu, ruin Farabu i rezerwatu Aksu Zhabagly, o których napiszę więcej w następnym poście.

Najciekawszy z perspektywy Antka okazał się park miejski, w którym podobnie jak w Biszkeku były różne karuzele, w trochę lepszym stanie niż te w Kirgistanie (ale tylko trochę). Można też było pograć w Angry Birds w 3D i pokierować zdalnie sterowanym samochodem… z pasażerem na pokładzie ;)



IMG_8749

IMG_8750

IMG_8755

IMG_8714

IMG_8716

IMG_8717

IMG_8730

IMG_8733

unnamed



Już wkrótce, bo 8 listopada zachęcamy Was do udziału w spotkaniu podróżniczym z naszym dobrym znajomym – Andrzejem Budnikiem, który zabierze Was (tych co znajdą się akurat w Krakowie :) do Australii. Spotkanie w ramach cyklu Wielkie Wyprawy organizowanego przez SWM „Młodzi Światu”, a więcej o nim pod linkiem: Australia: podróż życia czy życie w podróży

Trekking w Kirgistanie nad jezioro Kol-Tor.

data02 października 2014komentarzBrak komentarzy

Powróciwszy z Ala Archa szybko zregenerowaliśmy siły, przepraliśmy ubrania, zrobiliśmy zakupy i już kolejnego dnia byliśmy gotowi na kolejną górską przygodę! Tym razem za cel obraliśmy sobie położone już dalej od Biszkeku jezioro Kol-Tor. Zlokalizowaliśmy je na mapie, a po konsultacji z klubem trekkingowym ze stolicy (Trekking Union of Kyrgyzstan), uzyskaliśmy potwierdzenie, że warto się tam wybrać. W internecie znaleźliśmy bardzo mało informacji na temat tego miejsca, więc zapowiadało się ciekawie.

Na miejsce startu trekkingu dotarliśmy marszrutkami ? najpierw numerem 353 do Togmoku, a potem 383 do Lieschoza. Marszrutka nr 383 okazała się miłym zaskoczeniem, bo gdy wyjeżdżaliśmy z Biszkeku byliśmy przekonani, że uda nam się dojechać najdalej do Kegeti i dalej trzeba będzie kombinować na stopa albo drałować kilkanaście kilometrów z buta. W okolicy przez którą przejeżdżaliśmy znajduje się opisywana w przewodnikach wieża Burana, ale widzieliśmy ją tylko z daleka.

Marszrutka powoli zdobywała wysokość, a krajobraz za oknem zmieniał się drastycznie. W ciągu godziny z równiny znaleźliśmy się w górach! Zmieniła się też niestety pogoda ? najpierw silne wiatry, a potem deszcz nie zachęcały do opuszczenia strefy komfortu, jaką na chwilę stał się nasz zdezelowany bus.

Nie było jednak innej opcji, wszak wzywała nas przygoda!
Przeszliśmy około pół kilometra i zaczęliśmy wypytywać spotkanych po drodze ludzi o schronisko ;)
– Zapytaj jeszcze tego ? powiedziała Karina, wskazując starszego Kirgiza w marynarskiej czapce, który chwilę wcześniej wyszedł z wcale zacnej posesji.
– Po co, przecież już wszystko wiemy, schronisko jest na końcu wioski, zostały jakieś trzy kilometry ? odparłem lekko poirytowany.
– No zapytaj…

Miała żona nosa, bo gdy Kirgiz dowiedział się, że zmierzamy nad Kol-Tor i zamierzamy spać tam w namiocie z Antkiem, to się przeraził i zaoferował nam bezpłatny nocleg na dziś. Owa posesja okazała się nie być jego własnością, doglądał jej jedynie poza sezonem. Było to coś w stylu sanatorium dla bogatych turystów, głównie Rosjan, którzy przyjeżdżali tu pić kumys. A że sezon na kumys się skończył, miejsce stało puste, mimo początku lata.

IMG_8481

IMG_8483

Nasz dobrodziej nazywał się Anatolij i wieczorem zaprosił nas na swoją daczę, tuż obok sanatorium, gdzie poznaliśmy jego rodzinę i pozostałych gości. Był to bardzo miły wieczór, w trakcie którego doświadczyliśmy tradycyjnej kirgiskiej gościnności. Żona pana Anatolija cały czas doglądała, aby nasze talerze były pełne. Antek zaś bawił się w najlepsze z wnukami gospodarzy.

IMG_8486

IMG_8491

IMG_8492

Następnego dnia Anatolij podrzucił nas kilka kilometrów swoim Land Cruiserem do początku właściwego szlaku nad Kol-Tor. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy pod górę ? Karina z Antkiem w nosidełku, a ja z plecakiem wypchanym rzeczami naszej trójki. Droga szybko zaczyna się piąć stromo pod górę ? w końcu musieliśmy zrobić tego dnia prawie 1 km przewyższenia!

IMG_8533

IMG_8511

IMG_8545

Po drodze minęliśmy nielicznych kirgiskich turystów (był w końcu weekend) i minęliśmy obozowisko klubu trekkingowego z Biszkeku. Początkowo zastanawialiśmy się, czy nie wybrać się z nimi, ale ostatecznie zaryzykowaliśmy samodzielny wyjazd i teraz tego nie żałowaliśmy. Nad jezioro dotarliśmy po niecałych 4 godzinach marszu. Od razu rzucił nam się w oczy jego niesamowity turkusowy kolor.

IMG_8620

IMG_8614

IMG_8606

W poszukiwaniu płaskiego miejsca na rozbicie namiotu oraz dostępu do pitnej wody trafiliśmy na drugi brzeg jeziora, okupowany przez samotną krowę. Rozbiliśmy namiot i zaczęliśmy przygotowywać posiłek. W nocy było nieznacznie zimno (byliśmy w końcu prawie na 3000 m n.p.m.), ale bez tragedii ? tachany przez nas już przez ponad 5 lat w różne podróże śpiwór puchowy jak zwykle dał radę.

Następnego dnia rano, po sesji fotograficznej nad rzeką zaczęliśmy powrót, choć kusiło nas, aby wyruszyć dalej, wzdłuż strumienia, w kierunku lodowców…

IMG_8595

IMG_8589

IMG_8603

IMG_8626

unnamed

A jeśli będziecie w okolicy Krakowa, to pojutrze – 4 października – polecamy Wam udział w bardzo ciekawym spotkaniu, podczas którego Marcin Słowik wspólnie z Michałem Królem podzielą się wrażeniami z ponad miesięcznej wyprawy do Stanów Zjednoczonych. Spotkanie odbędzie się w ramach cyklu Wielkie Wyprawy organizowanego przez Salezjański Wolontariat Misyjny ?Młodzi Światu?. Miejsce spotkania: Wioski Świata ? Park Edukacji Globalnej, ul. Tyniecka 39, Kraków.


Warning: array_merge() [function.array-merge]: Argument #2 is not an array in /home/users/kraszew/public_html/karinaimarcin.pl/wp-content/plugins/wp-pagenavi/scb/Options.php on line 62