Karina i Marcin Stencel Karina Stencel Karina i Marcin Stencel Karina Stencel Marcin Stencel Marcin Stencel

Recenzja GSI Glacier Stainless Dualist.

data20 października 2015komentarzBrak komentarzy

Zawsze chciałem mieć menażkę ze stali nierdzewnej. Jednak na liście zakupowych priorytetów wyżej stały zawsze czołówka, kije trekkingowe, kuchenka paliwowa… w ten sposób od wielu lat nieodłącznym partnerem w naszych podróżach była wysłużona, aluminiowa menażka harcerska pamiętająca jeszcze czasy… no właśnie, harcerskie :)

Menażkę ze stali nierdzewnej chciałem mieć głównie ze względów zdrowotnych, ponieważ w wyniku gotowania (przede wszystkim kwaśnych potraw) i częstego szorowania menażki do jedzenia przedostaje się szkodliwy glin, który następnie odkłada się w organizmie i może prowadzić do różnych chorób – niektórzy naukowcy uważają nawet, że może przyczyniać się do powstania choroby Alzheimera. Dlatego bardzo ucieszyłem się, gdy otrzymaliśmy do przetestowania komplet garnków Glacier Stainless Dualist firmy GSI.

Przez komplet garnków należy rozumieć jedno naczynie ze stali nierdzewnej o pojemności 1.8 litra oraz cztery plastikowe miseczki chowane wewnątrz naczynia stalowego. Początkowo podszedłem do tej konfiguracji dość sceptycznie, przyzwyczajony do dwóch garnków w menażce harcerskiej, ale ostatecznie uznałem, że to rozwiązanie nie jest jednak głupie. W zestawie GSI zyskujemy bowiem dużo większą objętość niż chociażby w przypadku wspomnianej menażki harcerskiej, chociaż przy gotowaniu trzeba bardziej pożonglować. Warto również dodać, że do garnka spokojnie wchodzi mały kartusz gazowy wraz z niedużym palnikiem gazowym i dołączonymi do zestawu dwoma składanymi sporkami (połączenie widelca i łyżki).

Glacier Stainless Dualist ma wiele bardzo fajnych rozwiązań takich jak wodoszczelny pokrowiec, w którym możemy umyć elementy zestawu, czy dziurki w pokrywie, dzięki którym możemy odcedzić potrawę. Do dwóch miseczek zostały dołączone neoprenowe opaski izolujące, dzięki którym nie poparzymy sobie rąk podczas jedzenia czy picia gorących potraw i napojów. Dużym plusem jest też składana rączka, która trzyma garnek bardzo stabilnie – coś, do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni po dotychczasowych doświadczeniach z menażką harcerską, gdy zdarzało się, że dopiero co zagotowany obiad lądował na spodniach…

Jeśli chodzi o wagę, to w porównaniu z menażką harcerską Dualist wypada mniej korzystnie – waży 200 g więcej (w sumie 660 g), ale coś za coś – stal nierdzewna jest bardziej odporna na wgniecenia. Pamiętajmy również, że stal przewodzi ciepło słabiej niż aluminium, dlatego łatwiej o przypalenie potraw.

Na koniec dodajmy jeszcze, że cały zestaw prezentuje się bardzo atrakcyjnie – bardzo spodobał się Antkowi, który w pewnym momencie przysposobił menażkę wraz z miskami jako swoją zabawkę.

Zestaw Dualist mieliśmy okazję przetestować rodzinnie w ostatnie wakacje na obozie harcerskim mojej dawnej drużyny i jesteśmy z niego bardzo zadowoleni. Stara menażka trafia od tej pory do kąta, a na kolejne wyjazdy zabierać będziemy ze sobą garnki GSI :)

IMG_2135

IMG_2136

IMG_2139

IMG_2141

Pierwsze dni w Kazachstanie.

data20 października 2014komentarzBrak komentarzy

Po tygodniu czekania, który wykorzystaliśmy na dwa trzydniowe wypady w okoliczne góry, w końcu odebraliśmy upragnione wizy do Kazachstanu, które uprawniały nas do trzydziestodniowego pobytu w tym kraju. Jeszcze tego samego dnia na dworcu zachodnim kupiliśmy bilety na nocny autobus do Szymkientu.

Granicę przekroczyliśmy w środku nocy. Trzeba było wyciągnąć wszystkie graty i przejść przez kontrolę pieszo. Wyrwani z półsnu, zdezorientowani, Antek płacze, ludzie kręcą głowami, kto to widział, żeby takiego rebionka ciągać po świecie… W okienku oprócz pieczątek w paszportach dostaliśmy białe karty imigracyjne, podobne do tych, które kiedyś dawali przy wjeździe na Ukrainę. Pomyślałem sobie, że to pewnie kolejny bezużyteczny świstek, trzeba pewnie tylko pilnować, żeby go nie zgubić i oddać przy wyjeździe, i od razu schowałem go do paszportu… błąd, który już niedługo miał nas kosztować dużo stresu.

W Szymkiencie czekała na nas już Maral, Kazaszka z couchsrufingu, która przez 10 lat mieszkała w Polsce i świetnie mówiła w naszym ojczystym języku. Ugościła nas na dwa dni w swoim przytulnym mieszkanku, pilnując, aby niczego nam nie zabrakło i pomagając oswoić się w nowej, kazachskiej rzeczywistości.

Spotkanie z Maral było okazją dla niej do wspomnień z pobytu w Polsce. Niestety, obraz Polaków jaki się rysuje z jej opowieści nie jest zbyt różowy. W skrócie, jesteśmy w dużej mierze narodem ksenofobów. Posiadająca typową kazachską urodę, Maral często padała ofiarą agresji słownej ze strony Polaków. Smutno nam się zrobiło słuchając tej opowieści i wstydziliśmy się za rodaków.

Szymkient liczy ponad pół miliona mieszkańców, chociaż będąc tam odnosi się wrażenie, że miasto jest dużo mniejsze. Nie ma szczególnie imponujących zabytków, ale jest dobrą bazą wypadową do Turkiestanu, ruin Farabu i rezerwatu Aksu Zhabagly, o których napiszę więcej w następnym poście.

Najciekawszy z perspektywy Antka okazał się park miejski, w którym podobnie jak w Biszkeku były różne karuzele, w trochę lepszym stanie niż te w Kirgistanie (ale tylko trochę). Można też było pograć w Angry Birds w 3D i pokierować zdalnie sterowanym samochodem… z pasażerem na pokładzie ;)



IMG_8749

IMG_8750

IMG_8755

IMG_8714

IMG_8716

IMG_8717

IMG_8730

IMG_8733

unnamed



Już wkrótce, bo 8 listopada zachęcamy Was do udziału w spotkaniu podróżniczym z naszym dobrym znajomym – Andrzejem Budnikiem, który zabierze Was (tych co znajdą się akurat w Krakowie :) do Australii. Spotkanie w ramach cyklu Wielkie Wyprawy organizowanego przez SWM „Młodzi Światu”, a więcej o nim pod linkiem: Australia: podróż życia czy życie w podróży

Trekking w Kirgistanie nad jezioro Kol-Tor.

data02 października 2014komentarzBrak komentarzy

Powróciwszy z Ala Archa szybko zregenerowaliśmy siły, przepraliśmy ubrania, zrobiliśmy zakupy i już kolejnego dnia byliśmy gotowi na kolejną górską przygodę! Tym razem za cel obraliśmy sobie położone już dalej od Biszkeku jezioro Kol-Tor. Zlokalizowaliśmy je na mapie, a po konsultacji z klubem trekkingowym ze stolicy (Trekking Union of Kyrgyzstan), uzyskaliśmy potwierdzenie, że warto się tam wybrać. W internecie znaleźliśmy bardzo mało informacji na temat tego miejsca, więc zapowiadało się ciekawie.

Na miejsce startu trekkingu dotarliśmy marszrutkami – najpierw numerem 353 do Togmoku, a potem 383 do Lieschoza. Marszrutka nr 383 okazała się miłym zaskoczeniem, bo gdy wyjeżdżaliśmy z Biszkeku byliśmy przekonani, że uda nam się dojechać najdalej do Kegeti i dalej trzeba będzie kombinować na stopa albo drałować kilkanaście kilometrów z buta. W okolicy przez którą przejeżdżaliśmy znajduje się opisywana w przewodnikach wieża Burana, ale widzieliśmy ją tylko z daleka.

Marszrutka powoli zdobywała wysokość, a krajobraz za oknem zmieniał się drastycznie. W ciągu godziny z równiny znaleźliśmy się w górach! Zmieniła się też niestety pogoda – najpierw silne wiatry, a potem deszcz nie zachęcały do opuszczenia strefy komfortu, jaką na chwilę stał się nasz zdezelowany bus.

Nie było jednak innej opcji, wszak wzywała nas przygoda!
Przeszliśmy około pół kilometra i zaczęliśmy wypytywać spotkanych po drodze ludzi o schronisko ;)
– Zapytaj jeszcze tego – powiedziała Karina, wskazując starszego Kirgiza w marynarskiej czapce, który chwilę wcześniej wyszedł z wcale zacnej posesji.
– Po co, przecież już wszystko wiemy, schronisko jest na końcu wioski, zostały jakieś trzy kilometry – odparłem lekko poirytowany.
– No zapytaj…

Miała żona nosa, bo gdy Kirgiz dowiedział się, że zmierzamy nad Kol-Tor i zamierzamy spać tam w namiocie z Antkiem, to się przeraził i zaoferował nam bezpłatny nocleg na dziś. Owa posesja okazała się nie być jego własnością, doglądał jej jedynie poza sezonem. Było to coś w stylu sanatorium dla bogatych turystów, głównie Rosjan, którzy przyjeżdżali tu pić kumys. A że sezon na kumys się skończył, miejsce stało puste, mimo początku lata.

IMG_8481

IMG_8483

Nasz dobrodziej nazywał się Anatolij i wieczorem zaprosił nas na swoją daczę, tuż obok sanatorium, gdzie poznaliśmy jego rodzinę i pozostałych gości. Był to bardzo miły wieczór, w trakcie którego doświadczyliśmy tradycyjnej kirgiskiej gościnności. Żona pana Anatolija cały czas doglądała, aby nasze talerze były pełne. Antek zaś bawił się w najlepsze z wnukami gospodarzy.

IMG_8486

IMG_8491

IMG_8492

Następnego dnia Anatolij podrzucił nas kilka kilometrów swoim Land Cruiserem do początku właściwego szlaku nad Kol-Tor. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy pod górę – Karina z Antkiem w nosidełku, a ja z plecakiem wypchanym rzeczami naszej trójki. Droga szybko zaczyna się piąć stromo pod górę – w końcu musieliśmy zrobić tego dnia prawie 1 km przewyższenia!

IMG_8533

IMG_8511

IMG_8545

Po drodze minęliśmy nielicznych kirgiskich turystów (był w końcu weekend) i minęliśmy obozowisko klubu trekkingowego z Biszkeku. Początkowo zastanawialiśmy się, czy nie wybrać się z nimi, ale ostatecznie zaryzykowaliśmy samodzielny wyjazd i teraz tego nie żałowaliśmy. Nad jezioro dotarliśmy po niecałych 4 godzinach marszu. Od razu rzucił nam się w oczy jego niesamowity turkusowy kolor.

IMG_8620

IMG_8614

IMG_8606

W poszukiwaniu płaskiego miejsca na rozbicie namiotu oraz dostępu do pitnej wody trafiliśmy na drugi brzeg jeziora, okupowany przez samotną krowę. Rozbiliśmy namiot i zaczęliśmy przygotowywać posiłek. W nocy było nieznacznie zimno (byliśmy w końcu prawie na 3000 m n.p.m.), ale bez tragedii – tachany przez nas już przez ponad 5 lat w różne podróże śpiwór puchowy jak zwykle dał radę.

Następnego dnia rano, po sesji fotograficznej nad rzeką zaczęliśmy powrót, choć kusiło nas, aby wyruszyć dalej, wzdłuż strumienia, w kierunku lodowców…

IMG_8595

IMG_8589

IMG_8603

IMG_8626

unnamed

A jeśli będziecie w okolicy Krakowa, to pojutrze – 4 października – polecamy Wam udział w bardzo ciekawym spotkaniu, podczas którego Marcin Słowik wspólnie z Michałem Królem podzielą się wrażeniami z ponad miesięcznej wyprawy do Stanów Zjednoczonych. Spotkanie odbędzie się w ramach cyklu Wielkie Wyprawy organizowanego przez Salezjański Wolontariat Misyjny „Młodzi Światu”. Miejsce spotkania: Wioski Świata – Park Edukacji Globalnej, ul. Tyniecka 39, Kraków.

Biszkek i Park Narodowy Ala Archa.

data15 sierpnia 2014komentarz1 komentarz

Do Biszkeku dolecieliśmy wczesnym sobotnim rankiem. Jedno spojrzenie na ośnieżone szczyty gór nad miastem i już wiedzieliśmy, że nam się tu spodoba…

Choć samo miasto okazało się mało interesujące. Mimo to musieliśmy przeczekać do poniedziałku, aby złożyć wniosek o wizę do Kazachstanu. Czas upływał nam na szwędaniu się po parkach, szukaniu pomników Lenina oraz restauracji, w której moglibyśmy zjeść coś bez mięsa. Trafiliśmy w końcu na tofu do chińczyka, gdzie zaprzyjaźniliśmy się z jednym z wstawionych klientów, którego córka przez kilka lat mieszkała w Polsce. Nawet do niej zadzwonił, ale nie chciała z nami rozmawiać… Drżącą ręką zapisał swój nr telefonu i powiedział, żebyśmy zadzwonili jak wytrzeźwieje, to nas zaprosi do siebie do domu. Jeszcze nie zadzwoniliśmy, bo nie mamy pewności, czy Pan już wytrzeźwiał, ale ogólnie był bardzo miły. Wstąpiliśmy też do wesołego miasteczka. Antek nie dał się przekonać, że podobne karuzele widzieliśmy po raz ostatni 20 lat temu w Polsce (może nawet te same) i nie obyło się bez przejażdżki.

IMG_8307
IMG_8315

IMG_8334

IMG_8333

W niedzielę wyskoczyliśmy na bazar Dordoi – prawdopodobnie największe targowisko w Azji Środkowej, na którym znaleć można przede wszystkim tanie towary z Chin oraz Turcji. Bazar znajmuje podobno powierzchnię 100 boisk piłkarskich i pracuje tam ok 20 tysięcy ludzi. Typowe stoisko to 2 kontenery postawione jeden na drugim – dolny jako sklep i górny jako magazyn. O romantyźmie bazarów jedwabnego szlaku chyba możemy zapomnieć, nie wiele ciekawszy okazał się położony bliżej centrum bazar Osz, na którym można dostać przede wszystkim jedzenie.


W poniedziałek rano nie dostaliśmy jednak wizy ze względu na święto stolicy Kazachstanu – Astany. Ciekawe, że polskie ambasady też mają wolne w święto Warszawy…


Gdy następnego dnia złożyliśmy w końcu wniosek o wizy (po zaakcpetowaniu wniosku przez pracownika ambasady musieliśmy wrócić się kilka kilometrów do centrum, aby zapłacić za wizę i zdążyć wrócić z pokwitowaiem do 12:00) wyruszyliśmy do Parku Narodowego Ala Archa. Marszrutką dojechaliśmy do wioski, z której do Alplagieru, czyli miejsa, w którym zaczynają się szlaki, pozostało jeszcze 17 km asfaltu. Kierowca marszrutki był gotowy zawieść nas tam za 800 somów (ok 16 USD). Powiedzieliśmy, że się zastanowimy, poszedłem do oddalonego o 200 m sklepu, a w drodze powrotnej złapałem „stopa” za połowę tej kwoty. Zabrał nas policjant, który po drodze marudził, że wszyscy w Kirgistanie nienawidzą policjatów, bo biorą łapówki, a on na przykład zarabia tylko równowartość 200 USD, co ledwie na benzynę starcza i jak tu żyć. Wszystkich nudzi ta sama stara śpiewka, jak śpiewał klasyk, z drugiej strony słyszałem, że były prezydent Gruzji, Michaił Sakaszwili, w ramach walki z korupcją policji w swoim kraju, potroił pensje wszystkim policjantom, przy jednoczesnym zaostrzeniu prawa i ponoć zadziałało. Może w Kirgistanie powinni zrobić podobnie?


Pan policjant pyta po co przyjechaliśmy do Ala Archa, to nie góry mówi, ot takie, maleńkie, i widoki takie sobie, jedźcie gdzieś dalej. Nie wiemy, czy tylko się zgrywa, czy mówi poważnie, bo jest naprawdę ładnie. I to w dodatku może godzinę jazdy od Biszkeku!


Alplagier to kilka domów na krzyż – kilka baz turystycznych o różnym standardzie i różnych cenach. Możn a znaleźć pokój już za 5 dolarów od osoby, my jednak mamy ze sobą namiot, więc ruszamy od razu na szlak. Idziemy jeszcze w górę rzeki Ala Archa, przekraczamy potok i rozbijamy się na polance.

IMG_8419

IMG_8408

IMG_8428

IMG_8425

IMG_8424

IMG_8450

IMG_8446

IMG_8432

IMG_8372

IMG_8364

Kolejnego dnia idziemy raptem parę kilometrów w górę doliny i ponownie się rozbijamy. Jest nam dość ciężko, z Antkiem na plecach i ciężkim plecakiem, poza tym nie chcemy szarżować – jesteśmy powyżej 2000 m n.p.m i chcemy przyzwyczaić Antka do wysokości. Cieszymy się po prostu faktem, że jesteśmy w górach. Mamy namiot, jedzenie, palnik, filtr do wody i jesteśmy niezależni. Trzeciego dnia wracamy i rozbijamy się poniżej Alplagieru. Do Biszkeku wracamy płatnym stopem następnego dnia z rana.


Zgodnie z naszymi przewidywaniami, podróżowanie po Kirgistanie autostopem w „klasycznym” tego słowa znaczeniu jest problematyczne – z zatrzymaniem auta po drodze nie ma problemu, ale kierowcy najczęściej oczekują zapłaty, nawet jeśli jest im po drodze. Tłumaczenia typu „przecież i tak Pan tam jedzie” często spotykają się z niezrozumieniem. Zupełnie jak gdyby obawiano się, że jak zacznie się zabierać ludzi za darmo, to wieść się rozniesie i za jakiś czas nikt już nie będzie chciał płacić. Oczywiście, od każdej reguły są wyjątki, czasami jednak trzeba długo poczekać, aż dany wyjątek w końcu się zatrzyma. My na wszelki wypadek zawsze pytamy przed wejściem do samochodu, czy kierowca chce pieniądze i jeśli nie chcemy czekać zbyt długo (głównie ze względu na Antka), to po uprzednich negocjacjach zazwyczaj zgadzamy się na zapłatę. Warto dodać, że dla samych Kirgizów płacenie za podwózkę jest czymś naturalnym.