Karina i Marcin Stencel Karina Stencel Karina i Marcin Stencel Karina Stencel Marcin Stencel Marcin Stencel

Z wizytą na lokalnym targu.

data04 marca 2012komentarzBrak komentarzy

Często zwykłe miejsca mają więcej uroku niż rozreklamowane highlighty z kolorowych broszurek i przewodników. Miejsca, w których lokalni ludzie nie są przyzwyczajeni do widoku turysty. Zapytani o zgodę na zrobienie sobie zdjęcia, nie wyciągają cennika, ale są poruszeni, że ktoś chce uwiecznić ich codzienność.

 

To nie Bagan, nie jezioro Inle i nawet nie ociekająca złotem i diamentami pagoda Shwedagon, choć to miejsca fascynujące (o których mam nadzieję w końcu tu napiszę!), ale targowisko w pewnej omijanej przez odwiedzających Birmę wiosce zapadło mi najbardziej w pamięć.

 

 

 

 

 

Trekking w krainie uśmiechów.

data19 lutego 2012komentarzBrak komentarzy

Hsipaw to sympatyczne miasteczko. Niektórzy twierdzą, że jego największą atrakcją jest senna, spokojna atmosfera i ulice na których wciąż częściej można zobaczyć zaprzężone w krowy wozy aniżeli samochody. Jednak ta sielanka to tylko kwestia czasu. Oto bowiem nad dwu-trzypiętrowe, tradycyjne domy wzbija się mały wieżowiec – najpewniej jedna z inwestycji Wielkiego Brata zza miedzy, Chin.

 

Jednego wieczora postanowiłem się wybrać na punkt widokowy – tzw. sunset hill. Wyszedłem jednak za późno, po drodze jeszcze trochę pobłądziłem, więc na szczycie znalazłem się tuż przed zapadnięciem wzroku. Byłem sam, nie licząc dwóch mnichów z pobliskiego małego klasztoru. Usiadłem na murku i zacząłem rozkoszować się widokiem. Po chwili przysiadł się do mnie mnich, uśmiechnął się szeroko i poczęstował herbatą oraz suszonymi owocami. Pogawędziliśmy chwilę w bardzo podstawowym angielskim, po czym oznajmiłem, że muszę zacząć wracać, bo boję się, że po ciemku nie znajdę drogi powrotnej. Mnich zaproponował, że mnie odprowadzi do miasta, bo i tak teraz zmierza. Powiedział, żebym poczekał chwilę. Po chwili wyłonił się zza zakrętu w kasku i na motorze! Byłem tak zaskoczony i rozbawiony tym widokiem, że nawet teraz gdy wracam pamięcią do tego wydarzenia, to nie mogę powstrzymać uśmiechu.

 

 

 

Następnego dnia z rana wraz z parą Słoweńców ruszam na 2,5 dniowy trekking po okolicznych wzgórzach. Towarzyszy nam przewodnik imieniem Ko Pa Laun i jest on typem człowieka, który od pierwszego momentu wzbudza w tobie najbardziej pozytywne uczucia. Jego szczery, szeroki uśmiech nie znika mu nigdy z twarzy i szybko staje się zaraźliwy. Wszelką odzież i sprzęt turystyczny, który posiada, dostał od innych turystów w ramach napiwków.

 

 

 

Często nam się wydaje, że tacy ludzie we wioskach w różnych biednych krajach są bardzo prości i niewykształceni. No bo co oni tam znają? Jakiś tam swój mało znany język i jak uprawiać pole, a jak się przyfarci, to trochę angielskiego. Nie to co u nas w Europie, gdzie każdy ma teoretycznie niemal nieograniczone możliwości.

 

Np. taki Ko Pa Laun. Pytam go skąd zna angielski (nauczył się od turystów) i czy zna jeszcze jakieś inne języki. Myśli przez chwilę, liczy na palcach i odpowiada po chwili:

- Tak z pięć-sześć.

- Ile?!

- No birmański, szan, dwie odmiany palaung i chiński. Ostatnio zacząłem jeszcze uczyć się francuskiego

Po krótkiej przerwie na pozbieranie opadniętych szczęk ruszyliśmy dalej.

 

Trasa naszego treku przebiega przez wioski zamieszkałe przez grupy etniczne Szan i Palaung. Wioski te są osiągalne w większości jedynie na piechotę, do niektórych można dotrzeć motorem. Nie ma kanalizacji, ani stałego dostępu prądu, gdzieniegdzie są tylko agregaty prądotwórcze. Od paru lat różne zachodnie NGOsy (z trudem) finansują budowy studni, ale wciąż wiele wiosek czerpie wodę bezpośrednio z rzek.

 

 

 

Nasz przewodnik jest nieoceniony w kwestii przybliżenia nam kultury lokalnych ludzi. Dowiadujemy się np. że kobiety Palaung oprócz wychowania dzieci i gotowania, ciężko pracują na polu, podczas gdy mężczyźni przez większość czasu obijają się. Odwrotnie jest w wioskach Szan – tam kobiety pięknią się całymi dniami, podczas gdy mężczyźni zajmują się domem, dziećmi i pracą na polu. Zastanawiam się jak wyglądałoby małżeństwo mężczyzny Palaung i kobiety Szan, i po jakim czasie umarli by oboje z głodu.

 

 

 

 

Spotykamy również szczególną grupę kobiet Palaung, które zabarwiają swoje zęby czarnym betelem – podobno na znak swojej niezależności od mężczyzn.

 

 

Ko Pa Laun wyjaśnia też znaczenie mijanych po drodze kapliczek. Są one poświęcone duchom zwanym Nat. Charakter Nata można stwierdzić na podstawie koloru dwóch flag, które powiewają nad kapliczką. U dobrych Natów można wypraszać łaski np. obfite plony czy zdrowie, natomiast złe Naty można przekonać, aby zaszkodziły innym. Podobno trudnią się w tym źli czarownicy. Niektórzy Natowie pełnią rolę opiekunów danej wioski. Wiara w Naty została inkorporowana przez Buddyzm, podobnie jak animistyczny Bon został zaadaptowany na potrzeby Buddyzmu w Tybecie.

 

 

Ochronę przed złymi Natami mają zapewniać tatuaże z magicznymi inskrypcjami. Niektóre plemiona wierzą także, że niektóre tatuaże uchronią je przed kulami wystrzelonymi z broni palnej.

 

 

Wszyscy spotkani po drodze wieśniacy są fantastyczni. Uśmiechają się na nasz widok, chętnie pozują do zdjęć. Najlepsze są dzieci. Dosłownie pchają się do obiektywu, a gdy zobaczą swoje zdjęcie na ekranie wyświetlacza, nie mogą przestać się śmiać. I na dodatek nie proszą o cukierki, długopisy, zeszyty. Nie oznacza to, że nie można nic im zostawić, ale wszelkie podarunki należy zostawić nauczycielom.

 

 

 

 

Obie noce na trasie spędzamy w domach lokalsów, co jest dość szczególne, ponieważ prawo birmańskie zakazuje swoim obywatelom oferowania noclegu cudzoziemcom w prywatnych domach. Nikt nie wydawał się jednak z naszego powodu szczególnie zdenerwowany. Może prawo to nie jest wszędzie tak mocno egzekwowane?

Trzeciego dnia w południe kończymy trek dochodząc do głównej szosy. Łapiemy płatnego stopa i wracamy do Hsipaw…

 

:-)

 

Wymiana pieniędzy w Birmie.

data16 stycznia 2012komentarzBrak komentarzy

Przeanalizujmy jeszcze raz sytuację wymiany pieniędzy:

 

„Liczę wszystko trzy razy. Nie spieszę się. Pilnuję aby to, co już przeliczyłem, trafiło do mojej kieszeni. Na koniec dostaję gumkę do zwinięcia tej góry forsy i chowam do plecaka”.

 

Hm. Jeszcze raz.

 

„Liczę wszystko trzy razy. Nie spieszę się. Pilnuję aby to, co już przeliczyłem, trafiło do mojej kieszeni. Na koniec d o s t a j ę gumkę do zwinięcia tej góry forsy i chowam do plecaka”.

 

Cholera. To nie ja zwinąłem pieniądze. Oddałem je na chwilę do ręki jednemu z nich może na dwie sekundy i gdy założył na nie gumkę, musiał podwinąć kilkadziesiąt banknotów. To, albo po prostu zwyczajnie pomyliłem się przy liczeniu kasy.

 

Tak czy inaczej dałem się zrobić jak dziecko. Ucierpiał wyjazdowy budżet, ale chyba silniejszy cios otrzymała moja męska duma. To jednak nie koniec historii – postanowiłem odzyskać pieniądze. Czy mi się udało? Jeśli chcecie wiedzieć, to będziecie musieli doczekać końca relacji…

 

Mam nadzieję, że moje doświadczenie będzie dla kogoś przydatne i zminimalizuje ryzyko zostania oszukanym. Postanowiłem zebrać w jednym miejscu kilka porad dotyczących wymiany pieniędzy w Birmie. Oto one:

 

  1. Spróbuj dowiedzieć się od osób, które niedawno wróciły z Birmy (np. poprzez forum Travelbit) jaki był orientacyjny kurs. Jeśli ktoś proponuje tobie dużo wyższy kurs, to najprawdopodobniej jest to zbyt piękne, aby było prawdziwe. W moim przypadku udało się wynegocjować kurs 920 kyatów za dolara, podczas gdy „oficjalnie” wynosił on pomiędzy 840-860 kyatów.

  2. Jeśli możesz, nie wymieniaj kasy samemu.

  3. Niech każdy z was przeliczy kasę minimum dwukrotnie.

  4. Przeliczona kasa pod żadnym pozorem nie wraca już do rąk cinkciarza.

  5. Kolesie często zaginają banknoty w specyficzny sposób, że niby tworzą pakieciki po 10 banknotów. Kolejna ściema – rozparceluj i przelicz każdy taki sztos, zanim go przyjmiesz.

  6. Jeśli wymieniasz kasę samemu, to maksymalnie z jednym cinkciarzem. We dwóch oszukują dużo bardziej efektywnie.

  7. Spróbuj unikać wymiany pieniędzy u cinkciarzy przy Sule Paya.

  8. Jeśli to możliwe, to nie wymieniaj kasy na ulicy. Mój kolega wymieniał pieniądze w pomieszczeniu, w którym mógł samemu, spokojnie przeliczyć kasę, podczas gdy cinkciarz wyszedł.

  9. To prawda, że dolary powinny być w jak najlepszym stanie – niepozaginane i niepomięte. Niektórzy cinkciarze jednak tego nadużywają i pomimo idealnego stanu banknotów domagają się, abyś pokazał inne, które masz. W ten sposób często podmieniają większe nominały z mniejszymi (np. setki na dziesiątki). Jeśli osobie, z którą wymieniasz pieniądze nie podoba się stan twojego banknotu, a ty wiesz, że banknotowi nie można nic zarzucić, to powiedz, że nie masz więcej na wymianą, a jak dalej będą się upierać, to weź swoje dolary, oddaj kyaty i idź gdzie indziej.

  10. Jeśli to możliwe, to zrób zdjęcie cinkciarzowi przed transakcją. Powiedz, że to na wypadek, gdyby chciał cię oszukać.

 

Jeszcze w kwestii niepomiętych banknotów – jak to zrobić, żeby bezpiecznie je przewieźć? Pasek ze skrytką na pieniądze odpada, bo wyjętych z niego pieniędzy nikt nam w Birmie nie przyjmie. Do portfela też ich nie włożymy. Sprawdzonym sposobem jest cienka saszetka pod ubranie. W celu zabezpieczenia niezgięte banknoty wkładamy pomiędzy dwie tektury, które następnie zabezpieczamy przed wodą wkładając je do koszulki lub woreczka strunowego.

 

Póki co tyle informacji praktycznych, w następnym poście wrócimy do relacji :)

Tak to drzewiej w Birmie wyglądało…

data05 stycznia 2012komentarzKomentarzy: 3

Latanie nigdy mnie nie stresowało. Statystycznie jest ono wszak bezpieczniejsze niż jazda samochodem, a nawet jeśli… szybka śmierć i czas na rachunek sumienia w bonusie. Gdy wsiadam na pokład ogarnia mnie poczucie błogiego fatalizmu.

To czas przed wejściem do samolotu wywołuje niepokój. Czy dobrze sprawdziłem datę i godzinę odlotu, lotnisko, terminal, czy zdążę… Gdzie mój paszport? Czy nie odwołają albo nie opóźnią mojego przelotu tanimi liniami z Gdańska do Londynu, przez co nie zdążę na lot do Bangkoku?

 

Oto jednak szczęśliwie ląduję na nowoczesnym Suvarnabhumi Airport. Przechodzę przez odprawę celną tylko po to, aby odebrać bagaż i kilka godzin później wylecieć do Birmy…

 

Zaraz, zaraz… a gdzie Karina?

 

Tak się niestety złożyło, że tym razem jadę bez niej. Jej możliwości urlopowe okazały się niewspółmierne do moich możliwości studenckich, z których postanowiłem skorzystać póki mogę. Cóż, w tym miejscu mogę jedyne napisać, że mam najlepszą żonę na świecie :)

 

Za kilka dni dołączy do mnie mój dobry przyjaciel Dudi. Na razie jestem jednak sam… i jest to póki co interesujące doświadczenie. Np. na międzylądowaniu w New Delhi przestawiłem zegarek na czas indyjski, ale zapomniałem przestawić go ponownie w Tajlandii, przez co nieomal uciekł mi samolot do Rangunu.

 

Birma od dłuższego czasu stała na pierwszym miejscu na mojej liście krajów azjatyckich, które chciałbym odwiedzić. Fakt, że nie wiedziałem o niej praktycznie nic jedynie paradoksalnie wzmagał mój apetyt. Ale co go rozbudziło po raz pierwszy? Chyba opowieści innych podróżników, z którymi przyszło spotkać się na rozdrożach. Birma nierzadko przewijała się w ich opowieściach jako kraj wyjątkowy, inny niż wszystkie pozostałe w regionie oraz przede wszystkim – skupisko najbardziej sympatycznych ludzi w Azji. Szczególnie to ostatnie nie pasowało mi do całości. Kraj, który od 50 lat rządzony jest przez bezduszną juntę miałby być pełen ludzi sympatycznych? Nie było mnie jeszcze wtedy na świecie, ale PRL-owska rzeczywistość jawiła mi się ze zdjęć, filmów i piosenek zawsze jako szara i przygnębiająca. Czy to możliwe, aby ludzie w gorszym systemie zdołali zachować owianą już legendą pogodę ducha? Nie uwierzyłem na słowo, więc musiałem sprawdzić.

 

Widok za oknem jest dość interesujący – kwadraty pól rozciągają się po horyzont. Samolot zaczyna podchodzić do lądowania, zbliżamy się do największego miasta w Birmie. Za oknem kwadraty pól rozciągają się po horyzont. Dopiero, gdy jesteśmy już bardzo nisko, pojawiają się pierwsze budynki, jakiś fragment ulicy… i jesteśmy.

 

Urzędniczka celna sprawdza moje dane z wydrukowaną i uzupełnioną ręcznie listą cudzoziemców. Zastanawiam się czy przydzielili mi mojego prywatnego ubeka. Załatwiona miesiąc wcześniej przez ambasadę w Berlinie wiza jest OK. Wpuszczają mnie.

 

Wychodzę z budynku lotniska. Napisałbym w tym miejscu, że duszne, wilgotne powietrze momentalnie okleiło mnie niczym wata cukrowa okleja patyk, ale stało się to już kilkanaście minut wcześniej – klima na lotnisku nie działała.

 

Standardowo ignoruję pierwszych z brzegu taksówkarzy – ci są zawsze najdrożsi, żądają tak zwanej oficjalnej ceny, która w tym wypadku wynosi 8 dolarów. Wychodzę kilka metrów dalej i – proszę! – specjalna cena 5 dolarów, tylko dla mnie. To rozumiem. Grzecznie dziękuję i idę dalej. O dziwo nikt mnie nie zatrzymuje, nie krzyczy „my friend!”, wszyscy jacyś wyluzowani. Wychodzę na główną ulicę i zaczynam iść w prawo. Nie ma chodnika, więc idę po ulicy, tuż przy krawężniku. Co chwila zatrzymuje się samochód i dostaję kolejne propozycje, coraz niższe. Jeden kierowca pyta dokąd idę.

- Na autobus. – odpowiadam.

- Ooo, to daleko, 10 kilometrów!

 

No! W końcu jakiś porządny ściemniacz. Macham mu na pożegnanie. Idę dalej i rozważam, ile naprawdę jestem w stanie zapłacić za taksówkę i ile zapłacę za autobus, zważywszy, że tak w zasadzie bez lokalnej waluty nie mam czym za niego zapłacić. Ustalam, że mam ochotę wydać maksymalnie 3 dolary. Dwa samochody później jadę taksówką za 3 dolce do centrum i cieszę się, jaki to jestem sprytny. Odszedłem od lotniska jakieś 500 metrów.

 

Gdzie dokładnie Cię wysadzić, pyta kierowca. Dobre pytanie, nie wiem. Jeszcze się nad tym nie zastanawiałem. Przypominam sobie jedną nazwę w centrum, gdzie wymieniają kasę. Sule Paya, mówię. OK. Próbuję coś zagadać kierowcę, ale rozmowa się nie klei. Może nie zna więcej angielskiego, albo po prostu nie chce rozmawiać. Wyglądam zza okna na świat, który do tej pory istniał jedynie w mojej wyobraźni. Pierwszą rzeczą na jaką zwracam uwagę jest dziwny strój niemal wszystkich mężczyzn. Chodzą oni bowiem w … wydłużonych do kolan, wiązanych z przodu kiltach! Są to tzw. longyi. Podobne stroje można spotkać w innych częściach Azji, ale na taką skalę to noszone są już chyba tylko w Birmie.

 

Co jakiś czas mijamy spacerujących mnichów ze swoimi charakterystycznymi parasolkami i miskami do zbierania jałmużny. Gdzieś w oddali miga mi górująca nad miastem, ociekająca złotem i diamentami pagoda Shwedagon.

 

Dojeżdżamy do Sule Paya, która okazuje się być dwu-tysiącletnią pagodą stojąca na rondzie. Niedaleko obok mieści się protestancki zbór. W mieście można też znaleźć kilka świątyń hinduskich, a nawet synagogę!

 

Dobra, czas podjąć decyzję co robię. Rangun wydaje się bardzo ciekawy, ale jego zwiedzanie zostawię sobie na potem. Postanawiam tylko wymienić pieniądze i wbić się w nocny autobus do Mandalay.

 

A właściwie powinienem napisać „tylko”. W Birmie nie ma bankomatów, zostały zlikwidowane, gdy międzynarodowe banki spakowały się po nałożeniu kolejnych sankcji gospodarczych na kraj. W Birmie funkcjonuje czarny rynek walutowy. Oficjalny kurs dolara to mniej więcej 1 dolar – 8 kyatów (wym. cziatów). Kurs czarnorynkowy: w okolicach 1 dolar – 1000 kyatów. Różnica jest łagodnie mówiąc zauważalna. Co ciekawe, czarny rynek jest dość powszechnie tolerowany. Na tyle, że można podejść do najbliższego policjanta i zapytać, gdzie można wymienić pieniądze. Czasem tajniacy robią najazdy na cinkciarzy w turystycznych miejscach takich jak Bogyoke Market, ale to raczej na pokaz. Nikt nie wie dlaczego oficjalny kurs jest tak irracjonalnie zaniżony, ale jedną z teorii jest ta, iż służy on tuszowaniu realnych pieniędzy wydawanych na zbrojenia przez rządzących. W każdym razie gdybyście chcieli wymienić gdzieś dolary po oficjalnym kursie, to jest szansa, że zostalibyście zatrzymani i następnie deportowani za dywersję. Ktoś chętny? :)

 

Ale wróćmy na Sule Paya. Chwile kręcę się po skwerze z miną głupiego, zagubionego turysty, ale przecież nim nie jestem, zaoszczędziłem wszak 5 dolców na taksówce! Zagadują mnie chiromanci, oferując odczytanie mojej przyszłości z linii papilarnych, ale dziękuję, tłumacząc uprzejmie, że moja religia zabrania mi tego typu praktyk. W końcu zjawiają się.

 

Jest ich dwóch. Uśmiechają się czerwonymi od betelu zębami (sprawia to wrażenie, jak gdyby kolesie mieli poważne krwawienie dziąseł – kolejny charakterystyczny birmański obrazek). Money change? Jaki kurs, pytam. Panie, najlepszy!

 

Nie napisałem Wam jednej ważnej rzeczy o walucie birmańskie. Najwyższy, realnie dostępny nominał to 1000 kyat, czyli w przybliżeniu 1 dolar (są jeszcze banknoty pięciotysięczne, ale trudno dostępne i rzadko kto ma wydać). Planuję wymienić 300 dolarów. Oznacza to, że zaraz na środku ulicy dostanę do ręki około 300 banknotów do przeliczenia…

 

Liczę wszystko trzy razy. Kolesie udają zniecierpliwionych, ale ja, stary wyga, znam te ich sztuczki. Nie spieszę się. Pilnuję aby to, co już przeliczyłem, trafiło do mojej kieszeni. Na koniec dostaję gumkę do zwinięcia tej góry forsy i chowam do plecaka. Dopiero w tym momencie wyciągam kasę z saszetki ukrytej pod ubraniem. Trzy banknoty studolarowe w idealnym stanie – ponoć tylko takie przyjmuję. Ale kolesie coś zaczynają marudzić, że tu brudny, a tu – widzisz? Mikrozgniecenie! Heniek, daj mikroskop! Momentalnie zapala mi się w mózgu czerwona lampka. Ha, szubrawcy! Temu to rozgrywki wasze służą! Chcecie tak mnie zamotać, żebym nie zauważył jak stówkę podmienicie na dziesiątkę, czytałem ja o was. Oddawać kasę, macie tu swoje kyaty. Walnąłbym też pięścią w stół, gdybym go akurat miał pod ręką.

 

Kolesie od razu spokornieli. Nie, nie stary, wydawało mi się, lucky money, nara! No, poszli sobie. Chyba nieźle mi poszło. Udało mi się nie dać się oszukać w ostatniej chwili i dostałem przyzwoity kurs. Odliczam 30 tysięcy kyatów do portfela, a resztę chowam do zapinanej na zamek kieszeni w spodniach. Czas opuścić to miasto.

 

Lokalnym autobusem nr 43 jadę na Aung Mingalar Highway Bus Station, skąd podobno odjeżdżają autobusy do Mandalay. Napisałem już o longyi? O betelu? Czas na kolejną osobliwość Birmy. Ludzie się na ciebie patrzą. Wszędzie. Czasem ukradkiem, gdy myślą, że nie widzisz, ale częściej prosto w oczy, bez skrępowania. W większości nie jest to jednak wzrok cwaniaka z Delhi, momentalnie lustrujący ile urobi na tym bezmyślnym turyście (czy starej wydze, w moim przypadku) i który trik wybrać, nr 17 czy 85a/8. Nie. Wzrok Birmańczyka jest ciekawy, życzliwy i pełen melancholii. W jego spojrzeniu zawarta jest cała prawda o tym kraju.

 

Stacja autobusowa nie przypomina niczego, co do tej pory widziałem. Nie ma jednego, dużego budynku, w którym zlokalizowane są biura poszczególnych przewoźników. Jest kilka rzędów betonowych pawilonów, przy których stoją autobusy, w większości naprawiane, często przez dzieci. Nigdzie nie ma angielskich napisów. Na litość, byliście cholerną kolonią brytyjską, czy nie? Nie mogę się odnaleźć.

 

Momentalnie włącza mi się sentyment do dworców autobusowych w Ameryce Południowej, szczególnie tych z Peru i w Boliwii. Pierwsze zetknięcie z chaosem na tych dworcami może być przytłaczający, ale dość szybko spostrzeżemy, że w tym szaleństwie jest metoda. Poszczególne firmy są rozstawione obok siebie pod względem miejsc, do których kursują. Często nie musimy nawet czytać napisów, wystarczy wyłowić w hałasie przekrzykujących się nawzajem sprzedawców nazwę miasta czy wioski do której zmierzamy. Tu dostajemy naklejkę na bagaż, tam płacimy podatek za korzystanie z dworca, tu ktoś właśnie odchodzi z naszym plecakiem…

 

Normalnie staram się tego nie robić (wiecie, stary wyga), ale tym razem daję się poprowadzić niczym małe dziecko za rękę przez jednego z naganiaczy. Dochodzimy do jednego z pawilonów. Pytam, ile kosztuje autobus do Mandalay. 15 tysięcy. Z mojego wcześniejszego rozeznania wynika, że powinienem zapłacić maksymalnie 10 600 kyatów – tyle napisał mi na kartce jeden z Birmańczyków. Pokazuje im tę kartkę i mówię, że za dużo. Chyba udają, że nie zrozumieli, bo powtarzają, że 15 tysięcy. Ale mówią też coś do naganiacza i ten zabiera mnie do biura w kolejnym rzędzie pawilonów. Daję kartkę i mówię, że do Mandalay. OK. Ile płacę? Tyle co tu jest napisane.

 

W autobusie w ramach biletu dostaję szczoteczkę do zębów (nieużywaną), co wywołuje moją konsternację. Jestem jedynym białasem na pokładzie, ostatnich turystów widziałem dziś po raz ostatni na lotnisku. Jazda jest całkiem znośna. Nie rzuca, nie ma ostrych zakrętów. Droga z Rangunu do Mandalay prowadzi przez równiny po większości asfaltowanej drodze. I ku mojemu zdumieniu dojeżdżamy na miejsce 10 minut przed czasem. Podróż trwała 12 godzin.

 

Mandalay również traktuję tranzytowo – zwiedzę je w drodze powrotnej. Na razie przemieszczam się na inny dworzec autobusowy, żeby złapać autobus do wioski Hsipaw na wschód od Mandalay, położonej w prowincji Shan, niedaleko granicy z Chinami. Idzie mi to dosyć sprawnie i przed ósmą jestem ponownie w drodze. Autobus, którym jadę jest dość specyficzny – został on „delikatnie” zmodyfikowany. Siedzenia pasażerów zostały podniesione o metr do góry, dzięki czemu możliwe jest przewożenie większej ilości różnych towarów. Autobus w ten sposób pełni jednocześnie funkcję małego tira. Nie przeszkadza to miejscowym, czemu miałoby przeszkadzać też mi? Tylko dlatego, że jestem od każdego z nich wyższy o głowę i muszę siedzieć schylony, żeby nie walić łbem o dach? Przecież to tylko 10 godzin jazdy.

 

 

Autobus dyszy i charczy, ale dzielnie pokonuje kolejne zakręty. Robimy w końcu nie małą różnicę 1000 metrów w górę do Pyin U Lwin – dawnej brytyjskiej hill stattion – górskiej miejscowości letniskowej, w której panuje odczuwalnie niższa temperatura niż na nizinach. Po około godzinie robimy przerwę. Kierowca nie wyłącza silnika i za pomocą szlaucha chłodzi maszynę.

 

Gdy dojeżdżamy do Hsipaw, jest już ciemno. We wiosce jest kilka hoteli, ale jako cudzoziemiec, mogę skorzystać tylko z trzech – pozostałe nie mają rządowej licencji. Sprawę ułatwia fakt, że dwa z nich nie mają wolnych miejsc. Idę zatem do polecanego przez Lonely Planet Mr Charles Guest House. Na szczęście mają wolny pokój.

 

Czysty i zmęczony kładę się, aby odpocząć po kilku dniach i nocach spędzonych w środkach lokomocji. Przeliczam jeszcze raz kasę, żeby oszacować swój dzienny budżet na kolejne dni. Po czym przeliczam jeszcze raz. I jeszcze raz…

 

Kolesie oskubali mnie na ponad 50 dolców.